Jak z New Face zostać SŁAWNĄ I BOGATA?

Początki.
Nie każdy początek jest trudny. Nicht alle Anfang ist Schwer.

Niektórym udaje się z marszu, np. Milla Jovovich już jako 12latka zrobiła kampanię Revlonu, błyskawicznie została muzą Petera Lindbergha, robiąc kampanie wszystkiego od Diora począwszy na Gapie skończywszy...

A nieraz, żeby być gwiazdą kojarzoną przez wszystkich, i zarabiać krocie, trzeba mozolnie wspiąć się na szczyt. Lara Stone – też odkryta jako 12 latka w metrze, 11 lat czekała na swoją pierwszą okładkę, a dopiero po 15 latach od „odkrycia” zatryumfowała na pierwszym miejscu w prestiżowym rankingu models.com i było ją wtedy widać absolutnie wszędzie.


Z wynagradzaniem modelek jest dwojako. Są prace – nazwijmy je roboczo „prestiżowe”, często po odliczeniu kosztów wychodzi się na zero albo i nie, ale one są jakby „propsem” dla modelki, i dzięki temu jej pozycja negocjacyjna przy drugim typie zleceń, o którym zaraz napiszę, wzrasta.

Drugi typ – komercha – ma na celu głównie nabicie kabzy, natomiast nie jest to dokonanie, którym można byłoby się komukolwiek pochwalić, typu kampania salami czy katalog piżam.
zdjęcie z katalogu uniformów kosmetycznych, akurat się nim chwalimy, bo jest krokodyl  bogactfo (fot. grymuza by imaga)


No i jest trzeci, ulubiony typ, łączący zalety oby powyższych – fejm + siano – kampanie perfum, prestiżowych marek, itd. Te laury zgarniają przeważnie nowo odkryte gwiazdy sezonu, albo modelki z kategorii „znane i lubiane”, a czasem i jakaś „zwyczajna” modelka ma farta, że komuś do czegoś spasuje.

Żeby było śmieszniej, i trudniej skumać komuś spoza branży, praca za każdym razem polega mniej więcej na tym samym – mniej więcej tak samo, z punktu widzenia laika, pozuje się do zdjęć w edytorialu ze Stevenem Meiselem, jak i do reklamy hotelu w Tajwanie.

Tyle, że edytorial z np. rzeczonym Stefanem, wydrukowany potem w jakimś sensownym tytule, w praktyce kilkukrotnie podnosi stawkę danej modelki za tą reklamę hotelu. To jakby modelkowa odznaka zucha.

A na odwrót to niestety już nie działa. Modelka, która zrobiła już wcześniej tą nieszczęsną reklamę hotelu, i salami, i katalog piżam, i wszyscy „ważni” to widzieli (bo akurat u siebie w Tadżykistanie, czy z Łapach, przed wyjazdem na modowe salony, to mogła robić cokolwiek, o ile to gdzieś nadal nie wisi i nie robi obciachu– no pics and it didnt happen) jest już na półce z salami. W piżamie.

Takie straty ciężko odrobić i wrócić w obszary ekskluzywności, nowości, świeżości. Jak się ktoś za wcześnie i za głupio opatrzy, może już nie doskoczyć do najwyższej półki.

Na naszym rodzimym poletku, niech ktoś mnie wyprostuje, jak się mylę, nabycie fejmu na okładkach czy pokazach raczej modelkom nie grozi. Tutaj rozpoznawalność, pozycja medialna kreuje się w tabloidach i telewizji. Kultem otacza się osoby, które coś wygrały (5 minut sławy) albo wybiły się za granicą. Nie tylko w modelingu pewnie, ale w modelingu też.

Nasze sławne polskie piękności – Bela, Rubik, Struss, Frąckowiak, Mielcarz, Smutniak – dopiero po zagranicznych triumfach zaczęły się kojarzyć z twarzy Kowalskiemu. Rudnicka, Nowak, JAC dopiero przebijają się do masowej świadomości w Polsce, Salamon, Jasek nieśmiało za nimi. No taki klimat.

I teraz, żeby było jeszcze trudniej to zrozumieć osobom spoza tego hermetycznego, bajkowego świata, branża sama nieco rozgranicza modelki w zależności od typu urody.
W przejaskrawiony sposób opiszę Wam 2 bieguny.

Potocznie zwany „komercyjny typ” urody.
Niektóre przez całą karierę będą robić tylko katalogi i reklamy. I nieźle zarabiają. To są te „ładne” modelki, gdzie jest trochę „ciałka do przytulania”, (nawet jeżeli biodra mierzy maksymalnie 91) a twarzyczka raczej każdemu się podoba. W większości nigdy nie wyjdą na żaden liczący się wybieg, raczej nie zrobią żadnej prestiżowej okładki, mimo że są świetne, odpowiedniego wzrostu. Jeżeli są totalnie hiper-świetne, mają szczęście i kontakty, albo narzeczonego piłkarza czy aktora, może przygarnie je Sports Ilustrated albo Victoria Secret. Przy odrobinie szczęścia będą pracowały długo, dobrych kilka, kilkanaście lat, nawet w okolicy trzydziestki mogą złapać jeszcze fajną kampanię ekskluzywnych zegarków czy kosmetyków.

Ich przeciwnością jest edytorialowy/pokazowy typ urody. Chude, nieraz przerażająco chude. Niekoniecznie kobiece. Niekoniecznie ładne. A czasem nawet niepokojąco nieładne. Z kwadratową szczęką, czy krótkimi włosami i opadającą powieką, albo mocnymi brwiami. To typ urody „wszystko albo nic”. Jeżeli „chwyci” - zachwyci kogoś istotnego, kto narzuca trendy - będzie wszędzie, zrobi wszystkie pokazy na wszystkich fashion weekach, sporo okładek, edytoriali. Może nawet – już bardziej z tytułu fejmu, nie urody – natrzaska jakiś kampanii na dany i kolejny sezon za gruby hajs. Może grubszy, niż jej komercyjna koleżanka naliczy przez całą karierę. Ale jeżeli nie wypali? To przejdzie niezauważona po paru ważniejszych wybiegach, potem jeszcze na nimbie resztek tej chwały po kilku mniej ważnych, ale kasy z tego na opływanie w niej do końca życia nie starczy.

Większość modelek jest gdzieś pomiędzy, że ni pies, ni wydra. 

Oczywiście same modelki nie mają o tym pojęcia, przynajmniej na początku. Ciężko wyobrazić sobie, żeby taka modelka, lat 14, burza hormonów, guma balonowa, klasówka z geografii, rodzice się rozwodzą te sprawy – cokolwiek ogarniała tydzień po tym jak ktoś ją napadł w metrze z wizytówką. Wielu agentów modelek, co wczoraj byli jeszcze agentami ubezpieczeń albo nieruchomości, albo modelkami, też nie do końca czają bazę.

A los i czyjeś widzimisię chichoczą i zacierają rączki, bo i tak to od nich najwięcej zależy.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz